Jak to jest być władcą? Lub inaczej..wielką kobietą? Nie, nie wielką w sensie rozmiarowo. Wielką dla innych, niesamowitą. Nie, nie kobietą, raczej dziewczyną? W końcu..tak mówię o sobie, a raczej pytam. Powiem jedno..niesamowicie dobrze jest być tak kochaną i uznawaną osobą, ale gdyby miało być tak pięknie byłoby niewiarygodnie. Bo to, że jestem, jestem królową Quorets to ok, ale dlaczego jestem? To pytanie retoryczne, dla którego nie ma odpowiedzi i tak już jest. Urodziłam się niby z "magicznymi" jakimiś mocami i mam być królową i koniec. Lepiej by było wiedzieć dlaczego się nią jest, mieć jakieś zasługi, a nie tak ot to, bo matka ma focha i jestem władcą jakiejś magicznej wiochy w Rzymie.
Dobra, ok, nie będę was już przynudzać moimi narzekaniami. Zacznę od tego co się wydarzyło po tym jak szybkim ruchem wyszliśmy z karczmy. Albo raczej oni wyszli, bo ja wolałam spacerek, ale cóż..tam coś powiedzieć..można zapomnieć i tyle.
Razem z moją piątką nowych znajomych i mamą doszliśmy do jakiegoś dziwnego miejsca. Tak mi się przez chwilę wydawało, gdy zobaczyłam ciemne zaułki i rozdrapane ściany oraz ogołocone drzewa otaczające cały budynek. Jednak okazało się, że to nie to miejsce do którego nas prowadzą. A stanęliśmy tam, ponieważ się zmęczyliśmy. Gdy poinformowano mnie, że jesteśmy na miejscu podniosłam głowę do góry i ujrzałam wielki, murowany zamek z ponad 60-cioma komnatami lub jeszcze więcej. Patrząc na niego czułam się naprawdę dziwnie, a tym bardziej dlatego, że takie zamki w Rzymie to dziwna sprawa.
- No, Eleno, jesteśmy. Jak Ci się podoba?
- Em..jest niesamowicie ogromny!- wykrzyczałam z trudem.
- Widzę, że nie wiesz co masz powiedzieć. I o to właśnie chodzi! Nasza królowa musi być zaskoczona.
- Jestem..jestem..
I pognaliśmy w stronę ścieżki prowadzącej do drzwi zamku. Droga do nowego domu wciąż się dłużyła, ale dzięki temu mogłam poznać bliżej swoich towarzyszy. Wiem teraz, że Minewra jest naprawdę silna. Jako jedyna poradziła sobie z 5-tonowym głazem. Szybko i sprawnie przeniosła go z jednego końca brzegu rzeki na drugi. Gerardowi jest zawsze gorąco..jak sam twierdzi nigdy nie ubrał topu z długim rękawem. Nawet w czasie naszej wędrówki, kiedy było -6 stopni zdjął koszulkę i chodził bez jakiegokolwiek okrycia na tułów. Pan Iravan jest bardzo niecierpliwy. Nie potrafi wytrzymać nawet minuty czekając na kogoś. Jest to dla niego nie lada udręka. Syn Iravan'a jest za to bardzo wyrozumiały. Spostrzegłam to gdy z cierpliwością czekał na swoją narzeczoną Inez; ona za to jest bardzo dobrą matematyczką i ma świetną pamięć. Zna wszystkie kody, które prowadzą do wszelkich tajemniczych wejść. Gdy zbliżaliśmy się do finału podróży Gerard został zraniony strzałą.
- Gerard, cholera! - zawołała moja matka.
- Co się dzieje? - zapytał Tores.
Nagle w moich uszach zabrzmiał dźwięk syreny. Po niej mogłam spodziewać się tylko jednego.
- Wojna! - usłyszałam z ust jakiegoś giermka, albo wysłannika.
- Co? Jak to? - zapytałam głupio, uświadamiając sobie to po 30 sekundach wypowiedzenia tych słów.
- Elena, wyciągnij różdżkę! - krzyknęła mama.
- Co? Jaką różdżkę? Co ty do mnie mówisz kobieto?! - pisnęłam.
- Nie masz różdżki?!
- No nie.
- A no tak.
- No.
- Chodźcie do zamku! Wiejemy! - krzyknął Tores.
Szybko wzięłam mamę pod pachę i "nogi za pas" i zaczęłam pędzić niczym struś. Nigdy w życiu nie byłam tak przestraszona ani zdekoncentrowana.
- Szybko! - krzyknęła Inez.
I zniknęłam z mamą w ciemnym korytarzu rozpoczynającym mury zamku.
- Chodźcie za mną - poradziła narzeczona Tores'a.
Złapałam mamę za rękę, byłam tak przestraszona, że nawet nie zastanawiałam się jak to wygląda, że tak mocna królowa przykleja się do swojej mamy i pognałam posłusznie w stronę Inez.
- Jest wojna, ale ten zamek jest tak ogromny i tak bezpieczny, że nie musimy się o to dzisiaj martwić. O świcie nie powinno już tutaj być przeciwników, a wioska powinna sobie z nimi poradzić. Widziałem ich i przyznam, że to chłystki, tylko niektórzy wyglądali jakoś porządnie, ale kulturystami to oni nie są. Mamy więc wielkie szanse, aby dzisiejsze pojedynki wygrać. - ogłosił Gerard.
- No więc..na co czekać, stawiać homara?! - wykrzyczała Irina, lub "Irinka" -
jak zdrobniale na nią mówi Gerard. Podejrzewam, że mają magiczny romans lub Irinka Gerardowi się po prostu podoba. Kobieta ta jest dość potężna, nosi kuchenny fartuch z pomidorami i ma długie blond włosy uplecione w warkocz.
- Oczywiście! Pewnie wszyscy są głodni, a tym bardziej Elena, prawda? - wykrzyczał Iravan.
- No..tak dość. - odpowiedziałam nieśmiało.
Irinka, która zniknęła na chwilę, nagle znów się pojawiła, tym razem jednak z homarem w ręce. Ostrożnie położyła go na stole i rozpoczęła "wielką ucztę".
Wszyscy zasiedli na swoje miejsca. Nalano wino, różne napoje, wodę, a nawet mleko..bez komentarza. Sala ucichła, widelce zagościły w dłoniach i wszyscy rozpoczęli konsumowanie wielkiego homara. Nawet ja. [/b]
Dobra, ok, nie będę was już przynudzać moimi narzekaniami. Zacznę od tego co się wydarzyło po tym jak szybkim ruchem wyszliśmy z karczmy. Albo raczej oni wyszli, bo ja wolałam spacerek, ale cóż..tam coś powiedzieć..można zapomnieć i tyle.
Razem z moją piątką nowych znajomych i mamą doszliśmy do jakiegoś dziwnego miejsca. Tak mi się przez chwilę wydawało, gdy zobaczyłam ciemne zaułki i rozdrapane ściany oraz ogołocone drzewa otaczające cały budynek. Jednak okazało się, że to nie to miejsce do którego nas prowadzą. A stanęliśmy tam, ponieważ się zmęczyliśmy. Gdy poinformowano mnie, że jesteśmy na miejscu podniosłam głowę do góry i ujrzałam wielki, murowany zamek z ponad 60-cioma komnatami lub jeszcze więcej. Patrząc na niego czułam się naprawdę dziwnie, a tym bardziej dlatego, że takie zamki w Rzymie to dziwna sprawa.
- No, Eleno, jesteśmy. Jak Ci się podoba?
- Em..jest niesamowicie ogromny!- wykrzyczałam z trudem.
- Widzę, że nie wiesz co masz powiedzieć. I o to właśnie chodzi! Nasza królowa musi być zaskoczona.
- Jestem..jestem..
I pognaliśmy w stronę ścieżki prowadzącej do drzwi zamku. Droga do nowego domu wciąż się dłużyła, ale dzięki temu mogłam poznać bliżej swoich towarzyszy. Wiem teraz, że Minewra jest naprawdę silna. Jako jedyna poradziła sobie z 5-tonowym głazem. Szybko i sprawnie przeniosła go z jednego końca brzegu rzeki na drugi. Gerardowi jest zawsze gorąco..jak sam twierdzi nigdy nie ubrał topu z długim rękawem. Nawet w czasie naszej wędrówki, kiedy było -6 stopni zdjął koszulkę i chodził bez jakiegokolwiek okrycia na tułów. Pan Iravan jest bardzo niecierpliwy. Nie potrafi wytrzymać nawet minuty czekając na kogoś. Jest to dla niego nie lada udręka. Syn Iravan'a jest za to bardzo wyrozumiały. Spostrzegłam to gdy z cierpliwością czekał na swoją narzeczoną Inez; ona za to jest bardzo dobrą matematyczką i ma świetną pamięć. Zna wszystkie kody, które prowadzą do wszelkich tajemniczych wejść. Gdy zbliżaliśmy się do finału podróży Gerard został zraniony strzałą.
- Gerard, cholera! - zawołała moja matka.
- Co się dzieje? - zapytał Tores.
Nagle w moich uszach zabrzmiał dźwięk syreny. Po niej mogłam spodziewać się tylko jednego.
- Wojna! - usłyszałam z ust jakiegoś giermka, albo wysłannika.
- Co? Jak to? - zapytałam głupio, uświadamiając sobie to po 30 sekundach wypowiedzenia tych słów.
- Elena, wyciągnij różdżkę! - krzyknęła mama.
- Co? Jaką różdżkę? Co ty do mnie mówisz kobieto?! - pisnęłam.
- Nie masz różdżki?!
- No nie.
- A no tak.
- No.
- Chodźcie do zamku! Wiejemy! - krzyknął Tores.
Szybko wzięłam mamę pod pachę i "nogi za pas" i zaczęłam pędzić niczym struś. Nigdy w życiu nie byłam tak przestraszona ani zdekoncentrowana.
- Szybko! - krzyknęła Inez.
I zniknęłam z mamą w ciemnym korytarzu rozpoczynającym mury zamku.
- Chodźcie za mną - poradziła narzeczona Tores'a.
Złapałam mamę za rękę, byłam tak przestraszona, że nawet nie zastanawiałam się jak to wygląda, że tak mocna królowa przykleja się do swojej mamy i pognałam posłusznie w stronę Inez.
- Jest wojna, ale ten zamek jest tak ogromny i tak bezpieczny, że nie musimy się o to dzisiaj martwić. O świcie nie powinno już tutaj być przeciwników, a wioska powinna sobie z nimi poradzić. Widziałem ich i przyznam, że to chłystki, tylko niektórzy wyglądali jakoś porządnie, ale kulturystami to oni nie są. Mamy więc wielkie szanse, aby dzisiejsze pojedynki wygrać. - ogłosił Gerard.
- No więc..na co czekać, stawiać homara?! - wykrzyczała Irina, lub "Irinka" -
jak zdrobniale na nią mówi Gerard. Podejrzewam, że mają magiczny romans lub Irinka Gerardowi się po prostu podoba. Kobieta ta jest dość potężna, nosi kuchenny fartuch z pomidorami i ma długie blond włosy uplecione w warkocz.
- Oczywiście! Pewnie wszyscy są głodni, a tym bardziej Elena, prawda? - wykrzyczał Iravan.
- No..tak dość. - odpowiedziałam nieśmiało.
Irinka, która zniknęła na chwilę, nagle znów się pojawiła, tym razem jednak z homarem w ręce. Ostrożnie położyła go na stole i rozpoczęła "wielką ucztę".
Wszyscy zasiedli na swoje miejsca. Nalano wino, różne napoje, wodę, a nawet mleko..bez komentarza. Sala ucichła, widelce zagościły w dłoniach i wszyscy rozpoczęli konsumowanie wielkiego homara. Nawet ja. [/b]



Mam nadzieję, że simowi pisarze na pingerze jeszcze mnie pamiętają. Ciągle coś mi przeszkadza w aktywnym dodawaniu tutaj wpisów, to szkoła, obowiązki w domu i także na forum, o którym pisałam poniżej.






















-
Effy Berry:
Pokaż wszystkie (1) ›